Prowadzenie 1:1 · 6 miesięcy · masz mnie 7 dni w tygodniuZnajdę tę jedną godzinę w tygodniu, w której zawsze Ci się sypie, i ją naprawiamy, zamiast dokładać kolejną rozpiskę.
Dla facetów 28-40, którzy zarabiają głową, nie odpuszczają sobót, a formę odbijają od każdego poniedziałku.
Energia i zjazdy · Głowa do roboty · Sen · Libido · Apetyt · Sylwetka i pewność · Weekend wliczony
Sprawdź, gdzie pęka mój tydzień →
Ta strona jest długa specjalnie. Zobaczysz, czym to się różni od setek prowadzeń z neta, jak wygląda krok po kroku i kogo biorę, a kogo nie. Przeczytaj ją do końca, a będziesz wiedział, czy się kwalifikujesz, zanim napiszesz choćby słowo.
Pierwszy krok · nic nie płacisz, do niczego się nie piszesz
Wiesz już, że problem siedzi w tygodniu. Reszta strony to dowody.
Wypełnij diagnozę tygodnia: 19 pytań, dwie minuty. Czytam sam i w 24h masz odpowiedź.
Po odpowiedziach piszę wprost: wchodzimy, najpierw inny krok, albo to nie ten moment.
Wypełniam diagnozę tygodnia →W dwie minuty mówię, jak wygląda tydzień pod moim okiem, po czym poznaję, że pęka, i kogo odsyłam z kwitkiem.
Z Twoich 168 robota bierze najwięcej, potem sen, a forma dostaje resztki i dlatego stoi. Ten tydzień ląduje u mnie w całości: każdy posiłek, każdy trening, sen, waga, energia, libido, wyniki z krwi. Rozbieram to i szukam, gdzie zaczyna Ci się sypać, zanim sam to poczujesz.
Zwykły trener da Ci gotowy plan i tyle go widzisz do następnej wpłaty. Nie zajrzy w to, co zjadłeś we wtorek, jak spałeś po sobocie ani czemu w czwartek odpuściłeś.
Ty płacisz pieniędzmi, które wracają z każdą wypłatą. Ja płacę godzinami, których nikt mi nie odda.
Zaczyna się rano. Wstajesz na kawie, do 15:00 wrzucasz w siebie cokolwiek pod ręką.
Cały dzień w robocie spięty na maksa. Wracasz do domu wykończony, nic już w Tobie nie zostaje.
I dokładnie wtedy, kiedy w całej dobie zostało z Ciebie najmniej, decydujesz o jedzeniu.
Pizza o 22:30 to tylko miejsce, w którym cały dzień bez porządnego posiłku w końcu Cię dopada. Gdybyś zjadł jak człowiek o 14, wieczór wyglądałby inaczej.
A z każdym „od poniedziałku" dopisujesz sobie ten sam dowód: znowu nie dowiozłem.
Po latach najgorsze nie są kilogramy. Najgorsze jest to, że przestajesz wierzyć własnemu słowu.
Trzeci dzień w robocie na najwyższych obrotach, telefon się urywa. W głowie jedno: byle dotrwać do weekendu. Trening, który miał dziś być, odpuszczasz, bo na niego nie zostało już z Ciebie nic. Problem siedzi w tygodniu, który zjadł Cię, zanim zdążyłeś się przebrać.
Wstajesz ciężki po sobocie, głowa nie rusza, nawet kawa już nie stawia Cię na nogi. Przelatuje myśl: od jutra się ogarnę. Poniedziałek jeszcze nie nadszedł, a Ty już dopisujesz sobie ten sam wpis co zawsze. Znowu odkładasz życie na później.
Napięcie z całego dnia dalej siedzi Ci w barkach. Otwierasz lodówkę nie z głodu, tylko żeby to z siebie zdjąć. Innego sposobu w tej chwili nie masz.
Jest wieczór, jest ktoś, komu na Tobie zależy. A w Tobie nic. Po tygodniu na oparach ciało nie ma z czego. Mówisz, że jesteś zmęczony, i to prawda, tylko nie cała.
Życie nie rozpada się z hukiem, przecieka po tygodniu: trochę mniej energii, trochę więcej brzucha, telefon w ręce zamiast roboty i coraz mniej wiary, że jesteś facetem, który dowozi.
Nie masz problemu z ambicją. Masz decyzje, plany i większą grę do rozegrania. Tylko one codziennie przegrywają z ciałem, które od rana jedzie na oparach. Odkładasz, bo wracasz pusty, niedospany i rozbity, a na tym paliwie nie rusza nic.
Miesiące lecą, a schemat ten sam. „Od poniedziałku” brzmi z każdym razem ciszej, nawet dla Ciebie. Gasisz światło, chowasz brzuch, mniej zostaje Cię dla ludzi, na których Ci zależy. Jedno wyjście w piątek kosztuje Cię pół następnego tygodnia z podłogi.
W niedzielę dajesz sobie słowo. W czwartek je łamiesz. Ufasz sobie odrobinę mniej, więc następne podejście robisz na pół gwizdka i pękasz szybciej. Po paru latach własne słowo waży u Ciebie mniej niż czyjekolwiek.
To nigdy nie było o brzuchu. To o wstydzie, który wchodzi bokiem: przebieralnia na basenie, koszulka, która zostaje na Tobie w wodzie, zdjęcie grupowe, na którym sam ustawiasz się z tyłu. I dokładnie ta pętla zjada każde kolejne podejście. Ją rozwiązujemy, nie kilogramy.
Tapnij. Zobacz, co pod tym siedzi.
Jeden z pięciu punktów, które sprawdzam. Resztę widzisz po 19 pytaniach formularza.
Jeden element pęka, a reszta nadrabia chaosem. Po cichu, dzień po dniu, aż w piątek zwalasz to na siebie.
A pękł Ci mechanizm, nie charakter.
Ponad 1200 facetów wypełniło moją diagnozę i wracają w niej te same zdania. Cytaty w kartach niżej są ich, nie moje.
Praca, sen, stres, weekend. Siedem dni, nie jedna godzina na sali.
Jeden element siada, reszta nadrabia chaosem. Zwykle sen albo weekend.
Naprawiamy ten jeden element, nie dokładamy kolejnej rozpiski.
Mam niską energię i zjazdy w ciągu dnia, po południu zostaje ze mnie mokra szmata.
Co robimy. Zjazd po 14:00 to cukier we krwi i kortyzol, nie brak charakteru. Bierzemy energię od podstaw: sen, jedzenie o właściwych porach, kroki, trening i regenerację. Wycinamy zapaść po obiedzie zamiast łatać ją kawą co dwie godziny.
Co mierzymy co tydzień. Poziom energii rano i po południu w skali, godziny największych zjazdów, jakość snu i ile kawy naprawdę potrzebujesz.
Do południa robię, po obiedzie głowa siada i nie skupię się na robocie, a z niej żyję.
Co robimy. Zbieramy sen, cukier we krwi i rytm dnia tak, żeby głowa cięła ostro też po południu. Zarabiasz głową, więc traktujemy ją jak narzędzie pracy. To był drugi najczęstszy ból w diagnozie, a nikt o nim głośno nie gada.
Co mierzymy co tydzień. Ile godzin dziennie ciągniesz na pełnej głowie, o której siada i ile razy w tygodniu odpłynąłeś w prokrastynację.
Budzę się zmęczony, mimo że śpię normalnie, a jak polecę w weekend to nie śpię całą noc.
Co robimy. Poprawiamy jakość snu i regenerację przez wieczór, jedzenie, trening i to, co robisz po ciężkim weekendzie. Mniej rozbicia rano, głębszy sen w nocy.
Co mierzymy co tydzień. Jak się budzisz w skali, długość i jakość snu, ile razy wstajesz w nocy i ile trwa powrót do formy po weekendzie.
Rano coraz częściej nie stoi, libido i motywacja leżą niżej niż powinny.
Co robimy. Podnosimy libido i wolny testosteron przez sen, regenerację, trening, jedzenie i suplementację dobraną pod badania z krwi. Nie diagnozuję i nie leczę, ustawiam warunki, w których to wraca, i wspieram wszystkimi dźwigniami naraz.
Co śledzimy. Krew na wejściu i kontrolnie w trakcie: wolny testosteron, SHBG i spółka. Co tydzień: poranne libido i chęć na życie w skali.
Apetyt i głód po weekendzie rozwala mi jedzenie, a przy ciężkiej pracy ciężko cokolwiek trzymać.
Co robimy. Ustawiamy jedzenie tak, że głód przestaje Tobą rządzić, też po imprezie i w tygodniu pełnym roboty. Wyciszamy objadanie zamiast walczyć z lodówką silną wolą. Jedzenie pod Twoją robotę, bo plan dla etatu 9-17 u Ciebie nie zadziała.
Co mierzymy co tydzień. Ile dni utrzymałeś plan w tygodniu i w weekend, siłę głodu w skali i ile razy weekend albo stres rozwalił jedzenie.
Trenuję, ale sylwetka stoi, i coraz mniej chce mi się patrzeć w lustro.
Co robimy. Znajdujemy, gdzie stoi rekompozycja, i ruszamy ją: mniej tłuszczu, więcej mięśni, z jedzeniem i krwią w tle. Zmienia się sylwetka, zmienia się to, jak siebie widzisz i jak wchodzisz do pomieszczenia.
Co mierzymy co tydzień. Obwody, wagę, siłę na głównych bojach, zdjęcia sylwetki co tydzień (widzę je tylko ja, nigdzie nie wychodzą) i to, czy przestajesz unikać lustra.
Nie diagnozuję i nie leczę. Pracuję na jedzeniu, treningu, śnie, nawykach i suplementacji, a badania czytam po to, żeby nie strzelać w ciemno.
Nie oceniam, co robisz w sobotę. Pytam co, ile i kiedy, i wpisuję to w plan.
Alkohol w sobotę, nieprzespana noc, wyjazd, używki na wyjściu. To nie znika, bo ktoś w rozpisce dopisał „unikać". Więc nie udaję, że tego nie ma. Biorę to w robotę i uczę Cię przez to przechodzić, nie rozwalając sobie całego tygodnia.
Ustawiam formę wokół Twojego weekendu, nie przeciw niemu. Znam się na zbijaniu skutków alkoholu, stymulantów i zarwanych nocy, bo sam tak żyję i moi podopieczni też. Alkohol wycina Ci fazę REM i podbija kortyzol nad ranem, dlatego po ośmiu godzinach snu i tak wstajesz zjechany. Na to są konkretne ruchy, nie „pij więcej wody".
Zrób test: napisz trenerowi, że w sobotę planujesz melanż. Policz, po ilu sekundach każe Ci odpuścić. U mnie sobota jest w planie i ma protokół na niedzielę rano.
Nie imprezujesz? Weekend to u mnie każde wybicie z rytmu: wyjazd, wesele, delegacja, tydzień na oparach. Mechanizm ten sam, plan ten sam.
Niedziela, 9:30, po mocnej sobocie
Wiesz, co wrzucić w siebie i jak ustawić dzień, żeby głowa wróciła szybciej, a nie leżała do wtorku.
Poniedziałek po wyjściu
Nie ssie Cię na słodycze i śmieci przez trzy dni. Apetyt wraca do normy, zamiast Tobą rządzić.
Wtorek, 13:00. Zjazd, który zwykle kładł Ci dzień
Energia nie pada na łeb po weekendzie. Wracasz do roboty na pełnych obrotach, nie na rezerwie.
Trening po imprezie
Regeneracja idzie szybciej, więc wracasz na siłownię w kilka dni, nie odpuszczasz całego tygodnia.
Niedzielny dół i lęk po alkoholu
Mniej kaca-głowy i gorszego nastroju następnego dnia. Niedziela przestaje być dniem straconym.
Wybór „życie towarzyskie albo forma"
Znika. Wychodzisz z ekipą, robisz swoje, a forma i tak idzie do przodu.
Jedno i drugie widziałeś sto razy i dalej stoisz w miejscu. Bo to połowa roboty sprzedawana jako całość.
| Co dostajesz naprawdę | Gotowy plan z neta | Trener od samej techniki | Appka licząca kalorie | Trener z check-inem raz w tygodniu | Ja · prowadzenie tygodnia |
|---|---|---|---|---|---|
| Widzi cały Twój tydzień, nie sam trening | × | × | × | na check-inie | ✓ |
| Koryguje po gorszym dniu, zanim znikniesz na miesiąc | × | tylko na sali | × | × | ✓ |
| Ma plan na weekend i wyjścia, nie „od poniedziałku" | × | × | × | każe odpuścić | ✓tylko tu |
| Wie, czemu o 22:30 jesz z napięcia, nie z głodu | × | × | liczy, nie tłumaczy | × | ✓ |
| Bierze pod uwagę sen, stres i energię w dzień | × | czasem | × | czasem | ✓ |
| Zaczyna od Twojego panelu krwi | × | × | × | rzadko który | ✓ |
| Masz go w wiadomościach 7 dni w tygodniu | × | × | × | check-in raz w tygodniu | ✓ |
| Uczy Cię prowadzić siebie samego po pół roku | × | × | × | bezterminowo | ✓to zostaje |
Plan to najmniejsza część roboty. Resztę robię między kartką a Twoim tygodniem, i za to płacisz.
Jak lecisz na kawie i dwóch przypadkowych posiłkach, nie zaczynamy od „jedz mniej", tylko od tego, żeby wieczór przestał być polem bitwy.
Uczę Cię: składać posiłek, który poprawia formę, w kilka minut z tego, co masz pod ręką, i wybierać na mieście tak, żebyś nie musiał wyciągać pudełka przy ludziach.
Pod to, ile masz czasu i jak się regenerujesz. Plan, którego nie wykonasz, to dekoracja.
Uczę Cię: robić krótki trening, który buduje, bo liczy się bodziec i konsekwencja, nie czas spędzony w lustrze. Wchodzisz, robisz swoje, wychodzisz.
Tu sypie Ci się forma, nie na talerzu. Bierzemy te momenty na warsztat razem.
Uczę Cię: ustawiać minimum na tydzień, w którym mało śpisz, żeby gorszy sen nie kasował całej roboty. Wersja awaryjna na dni, kiedy jedziesz na oparach.
Wychodzisz, dajesz sobie luz, wracasz, i jeden weekend nie kasuje Ci miesiąca. Bez moralniaka i bez „a mówiłem".
Uczę Cię: wychodzić tak, żeby w poniedziałek nie dochodzić do siebie trzy dni. Plan na piątek z góry i jasny sposób na powrót do rytmu.
Nie „jak tam poszło". Konkret: gdzie się posypało. Sen, praca, weekend, za ciężki trening, jeden gorszy dzień, po którym zniknąłeś.
Uczę Cię: czytać własny tydzień, żebyś po pół roku znajdował te punkty sam i nie potrzebował już nikogo nad sobą.
Nie mówię „więcej dyscypliny". Pokazuję konkretny sposób na konkretny moment, w którym do tej pory odpadałeś.
Po pół roku wychodzisz z odzyskaną energią i umiesz czytać własny tydzień sam. Forma to dowód uboczny. To zostaje z Tobą, kiedy już się nie widzimy, i za to płacisz najbardziej.
Michał pomógł mi w rekompozycji. Tłuszcz w dół, a mięśnie nie tylko utrzymane przy redukcji, to jeszcze zbudowane. Kozackie myki, o których nigdy byś nie pomyślał, że zadziałają.
Dostajesz swój panel, budowany od zera pod Ciebie. Trening, jedzenie, sen, suple, badania i progres w jednym miejscu, zero szukania po mailach i plikach.

Pierwsze dwa tygodnie to nie rekordy na ławce. Dostajesz rozpiskę 14 badań w dwóch pakietach, z instrukcją, kiedy je zrobić, żeby wyniki nie kłamały. Łącznie z tym, że po weekendzie wątroba i prolaktyna kłamią w górę.

Co tydzień raportujesz 12 obszarów. W tym libido, trawienie i jasność głowy. Waga mówi, co się dzieje. Te liczby mówią, dlaczego.

Na każdy raport odpowiadam głosówką i tekstem, a Twoje jedzenie przechodzę dzień po dniu. Ostatnio podopieczny wpisał białko na 70% celu. Policzyłem za niego: prawie każdy dzień miał powyżej celu. Sam się nie doceniał, liczby tak.

Plan nie jest wyryty w kamieniu. Zarwana noc, stres, weekend mocniejszy, niż planowałeś? Raportujesz to samo. Słaby tydzień to dane, a z danymi pracuję.
Po pół roku ze mną
Nie robię z Ciebie robota, który zawsze śpi osiem godzin i nigdy nie tknie pizzy. Nadal trafi Ci się słaba noc, ciężki weekend i posiłek poza planem. Różnica jest taka, że jeden gorszy dzień nie robi już z tygodnia czterech dni chaosu. Wiesz, co odpuścić, co utrzymać i jak wrócić następnego dnia, bez karania się głodówką ani treningiem za winy. Do tego zostaje Ci mapa własnego tygodnia: wiesz, gdzie zwykle odpadasz i jak wracać bez zaczynania od zera.
Współpraca 1:1
Wszystko w wiadomościach, bez umawiania się na sztywną godzinę. Patrzymy na cały tydzień, korygujemy na bieżąco.
Zlecam badania krwi, czytam je pod Ciebie i zbieram dane z tygodnia: trening, jedzenie, sen, energia. Z tego układam pierwszy tydzień. Żadnego „czekaj na plan".
Kiedy raport pokazuje zarwane noce, tnę objętość treningu zamiast dokładać. Plan ma się mieścić w Twoim tygodniu, nie odwrotnie. Wyjścia i weekend zostają.
Co tydzień piszę pierwszy z korektami. Waga stoi, sen krótki, trening ciężki, reagujemy, zanim to urośnie.
Masz pytanie w środę wieczorem, piszesz. Wracam tego samego dnia. Bez czekania na kolejny termin.
Rytm jednego tygodnia: we wtorek wysyłasz raport, pięć minut. Po nim dostajesz ode mnie głosówkę: co działa, co zmieniamy i dlaczego. W środku tygodnia coś się sypie, piszesz, odpisuję tego samego dnia. W piątek wychodzisz z gotowym planem na weekend.
Formę zrobimy szybciej niż w pół roku. Sześć miesięcy trwa, bo tyle zajmuje, zanim nowy tydzień przestanie wymagać pilnowania i zacznie bronić się sam. Ma zostać na lata, nie do wakacji.
Nie screeny z DM, które każdy sobie dorysuje w Canvie, tylko publiczne oceny w Google, każda przy prawdziwym profilu. Faceci, którzy weszli i zrobili robotę. Możesz wejść i sprawdzić każdego.
Całe życie sceptycznie podchodzę do tych wszystkich coachy, trenerów. Ale na tyle zaprzyjaźniłem się z kontentem Michała, że postanowiłem spróbować. Pół roku, co mi szkodzi? Wydaję tyle w weekendy na imprezy.
Współpracowałem przez 3 miesiące i mogę z czystym sumieniem polecić go każdemu. Schudłem 14 kg, ale co najważniejsze, nauczyłem się bardzo dużo o treningu i odżywianiu. Wszystko dopasowane indywidualnie, bez presji i bez magicznych metod.
Michał to osoba, której jak zaufasz poprowadzi ciebie na szczyt. Współpracując z nim udało mi się w 5 miesięcy zbudować 10 kg masy mięśniowej, co uważam za wielki sukces. Bez presji przygotuje ciebie pod cel, który sobie obierzesz.
To ściana opinii prosto z Google, każda wisi publicznie przy profilu.
Pełna lista jest publiczna, każda opinia z imieniem i nazwiskiem.
53 oceny 5.0 w Google →Nie same zdjęcia. Widzisz, co ruszyło wynik.
„Pierwszy raz forma nie walczy z moim życiem. Dwa lata się odbijałem, a tu po prostu zaczęło wchodzić."
Posłuchaj człowieka, który był w Twoim miejscu
Przed
Po
Przed
Po
Przed
PoTrzy z 180+ historii. Twarze zasłonięte na ich prośbę, pełne opinie z imienia i nazwiska masz w Google i w wiadomościach. To konkretni ludzie, nie obietnica identycznego wyniku.
Waga to wynik na samym końcu. To są zdania, które słyszę po drodze od facetów, których prowadzę.
„Pierwszy weekend, po którym nie zacząłem w poniedziałek od zera."
Weekend przestał kasować tydzień„Przyszedł gorszy dzień i nie zniknąłem na miesiąc. Wróciłem następnego dnia."
Jeden gorszy dzień to nie koniec„W końcu wiem, czemu o 22 ciągnęło mnie do lodówki. Latami myślałem, że jestem po prostu za słaby. Gówno prawda, to był rozjechany dzień."
Wiadomo, gdzie pękaszTak wygląda moment, w którym odpada schemat trzymający formę w miejscu mimo prób. Waga idzie za tym sama.
Nie udaję, że to dla każdego. Jak się nie łapiesz, lepiej dla nas obu, że dowiemy się teraz.
„Próbowałem już wszystkiego. Trenerzy, plany, ebooki. Czemu akurat u Ciebie ma wejść?"
Bo te wszystkie próby to nie zmarnowany czas. To mapa tego, co u Ciebie nie zadziałało. Zaczynam od niej, nie od zera, i nie powtarzam z Tobą błędów, które już masz za sobą.
Masz dość zaczynania od zera, umiesz działać, jak dostaniesz konkretny kierunek, i wolisz raz naprawić swój tydzień, niż piąty rok powtarzać „od poniedziałku".
Ten rachunek nie przychodzi na konto, więc łatwo go olać. Ale płacisz go co tydzień, tylko nie widzisz przelewu.
Policz teraz ostatnie pół roku samych wyjść i wyjazdów. To budżet, który już wydałeś, tylko rozszedł się na piątki i nic z niego nie zostało. Tu zostaje.
Rachunek za zgadywanie leci co tydzień, bez końca, i nic po nim nie zostaje. Za prowadzenie płacisz raz i zostaje z Tobą na lata.
Pół roku roboty 1:1 kosztuje więcej niż plik z neta. Nie udaję, że jest inaczej.
Ale najdroższe nie jest prowadzenie. Najdroższe jest kolejne pół roku próbowania samemu, które kończy się w tym samym miejscu: poniedziałek z resetem, wieczór, gdzie miał być rozsądek, miesiąc, po którym ciało wygląda prawie tak samo.
Łatwiej powiedzieć „muszę znaleźć lepszy plan", niż przyznać: „od miesięcy nie dowożę tego, co sam sobie obiecuję". Z pierwszym nic nie zrobisz. Z drugim pracuję na co dzień.
Bo płacisz nie za mniej kilogramów. Płacisz za wyjście z pętli, która od lat po cichu odbierała Ci pewność siebie i wiarę we własne słowo. Problem nigdy nie siedział w rozpisce, więc i cena nie jest za rozpiskę.
Personalny rozlicza Cię z treningów. Dietetyk z kalorii i tego, co zjadłeś. Ja rozliczam się z całego Twojego tygodnia.
Zresztą policz, co już wydałeś: dwa lata nietrafionych planów, appki, suple z reklamy, trener na miesiąc i dietetyk na drugi. Każdy widział swój wycinek, nikt całego tygodnia. Tu płacisz raz, za jedno oko na całość.
Pamiętasz z góry strony: Twoja kasa wraca z każdą wypłatą, moje godziny nie wracają. Dlatego to kosztuje więcej niż appka.
Co wchodzi w te pół roku:
Da się rozłożyć na raty. Idą równo przez całe pół roku, bez balonu na końcu i bez dopłat. Obsługuje je operator płatności, więc nie podpisujesz nic prywatnie ze mną.
Nie podaję tu jednej kwoty, bo nie każdy wchodzi w ten sam zakres. Po diagnozie dostajesz konkretną propozycję i pełną kwotę, zanim podejmiesz jakąkolwiek decyzję i zanim zapłacisz złotówkę. Zależy od zakresu roboty, nie od tego, jak bogato brzmisz.
Pierwszy miesiąc sprawdzasz mnie w praktyce: zero ruchu w śnie, energii albo wadze, oddaję całą wpłatę. A dalej masz 180 dni na twardy wynik albo zwrot. Szczegóły niżej.
Wchodzisz w robotę na pół roku i nie masz jak z góry sprawdzić, czy zagra. Dzielę to na dwie rzeczy, żebyś nie musiał wierzyć mi na słowo.
Pierwsze 30 dni: ruch albo zwrot.
Ruszamy, poznajesz, jak pracuję i jak wygląda kontakt. Zero ruchu w śnie, energii albo wadze przez pierwszy miesiąc? Piszesz jedno zdanie i oddaję całą wpłatę. Bez przeciągania. Ruch widać w Twoim panelu: sen, energia i waga, które i tak raportujesz. Widzimy je obaj. Masz miesiąc, żeby sprawdzić mnie w praktyce, zanim na dobre wejdziesz w temat.
Dalej: 180 dni na twardy wynik.
Na wejściu spisujemy dwie rzeczy. Co Ty robisz: raport raz w tygodniu, trening i jedzenie, które rozpisuję Ci krok po kroku. I jaki wynik bierzemy za sukces, twardo: pomiary, zdjęcia, plus energia i sen w skali, którą i tak śledzimy co tydzień.
Trzymasz swoją stronę, a po 180 dniach wynik stoi w miejscu? Oddaję całą wpłatę. Cel spisany z góry w liczbach, więc nie ma miejsca na „mnie się wydaje, że nie działa".
Czego nie obiecuję.
Nie obiecuję kraty w osiem tygodni, bo to marketing, nie fizjologia. Nie obiecuję, że zrobię to za Ciebie, raport i trening są po Twojej stronie. Nie obiecuję, że będzie łatwo. Obiecuję, że będzie miało sens i że nie zostaniesz z tym sam.
Co ja w tym ryzykuję.
Pół roku swojej roboty i zwrot, jak nie dowiozę. Gdybym rozdawał plany, które nie działają, oddawałbym kasę w kółko i dawno bym się zwinął. Dlatego dobieram, kogo biorę, i jak już wchodzę w Twój tydzień, to na maksa.
Jedyny warunek po Twojej stronie: trzymać to, co ustalimy. Tyle. Wszystko spisane wprost, zero kruczków.
Podpisuję to imieniem. Michał.Może. Tylko ostatnie miesiące tego nie potwierdzają, bo gdybyś ogarniał, nie czytałbyś tego teraz. Nie zdiagnozujesz tygodnia, w środku którego siedzisz po uszy. Sam pewnie kiedyś do tego dojdziesz. Pytanie, ile jeszcze miesięcy chcesz na to dać.
Odchudzanie się przed trenerem to jak sprzątanie przed sprzątaczką. Przychodzisz dokładnie z tym brzuchem i z tymi wynikami, one są punktem startu, nie egzaminem. Im wcześniej je widzę, tym mniej miesięcy zgadywania przed Tobą.
Nie. Żaden plik z neta nie wie, że masz wyjazd w sobotę i ciężki dzień w robocie w czwartek. Ja wiem, bo czytam Twój tydzień co tydzień. Plan pobierzesz w minutę, tylko za rok wrócisz tu z dokładnie tym samym ciałem. Poza tym plan to drugi krok. Najpierw naprawiam to, co Cię blokuje: sen, kortyzol, dopaminę. Inna kolejność, inny wynik.
Właśnie dlatego robimy to pod brak czasu, nie pod idealne życie. Z wersją minimum na gorsze dni.
Uczciwa obawa. Dlatego nie robimy planu pod idealnego Ciebie z poniedziałku, tylko pod prawdziwego Ciebie z pracą, stresem i weekendem.
I dobrze. Chodzi o to, żebyś umiał się w tym poruszać sam. Zakazów tu nie ma. Masz umieć wyjść, zjeść poza planem i wrócić bez trzydniowej cofki.
Rozumiem. Tylko że pękasz nie na jednej rozmowie w miesiącu, a w środę o 22:30 i w sobotę wieczorem. Jestem w wiadomościach dokładnie w tych momentach i reagujesz od razu, nie tydzień później.
Zostaje między nami, w wiadomościach, i nie ma tu oceniania. Piszesz jak jest: ile, co, kiedy. Bez tego nie ustawię Ci powrotu po weekendzie, a to jest pół roboty. Im mniej ściemniasz, tym lepszy plan dostajesz.
Nie. Rozpiskę i jadłospis pobierzesz w minutę za darmo. Płacisz za to, co robię obok: czytam Twój tydzień i decyduję, co zmienić, kiedy plan przestaje pasować do życia. Plan mówi, co robić. Prowadzenie pokazuje, co zmienić.
Tamten sprzedaje rozpiskę i check-in raz w tygodniu. U mnie rozpiska to pierwszy dzień, nie cały produkt. Reszta to decyzje na podstawie Twoich danych, badań krwi i kontekstu tygodnia. Dlatego kosztuje więcej i dlatego rusza, kiedy tańsze nie ruszyło.
Excel nie wie, że spałeś pięć godzin, miałeś stresowy tydzień i brzuch jak balon. Twój panel to widzi w jednym miejscu: dane, decyzje i historię, co zmieniliśmy i dlaczego. Z tego wynika, co robimy dalej, nie z samej wagi.
Raport 5 minut. Trening godzina, 4 razy w tygodniu. Tyle. Reszta mieści się w Twoim normalnym dniu.
U części osób energia i sen ruszają w pierwszych tygodniach, u innych najpierw apetyt albo nastrój. Na wejściu ustalamy, który wskaźnik ma ruszyć pierwszy u Ciebie, żebyś wiedział, na co patrzeć. Sylwetka idzie za tym, zwykle w drugim miesiącu. Pełny wynik to pół roku, bo tyle trwa, żeby został na lata.
Najlepiej siłownia. Da się w domu, tylko efekty idą wolniej. Jak masz dostęp do sprzętu, wyciągamy z tego więcej.
Da się. Wyjazdy wliczam w plan i przestają być wymówką. Ogarniamy, jak jeść i trenować w trasie i jak wrócić bez cofki.
Przestawiamy plan na tryb minimum i wracasz do pełnego rytmu, jak wychodzisz na prostą. Te sześć miesięcy jest liczone z prawdziwym życiem w środku, na tym stoi cała ta robota.
Masz mnie w wiadomościach cały czas, piszesz i się dzieje. Raz w tygodniu raport: podsumowujemy miniony tydzień i ustawiamy następny. Bez umawiania się na godzinę.
Robisz je sam w zwykłej sieciówce, mówię dokładnie co zlecić. Zwykle wychodzi koło 300-500 zł, zależnie od labu i pakietu, raz na start i kontrolnie po drodze. Dzięki nim mam twarde dane, a nie zgaduję z rozpiski.
Da się, tylko mów o tym wprost. Nie odstawiam Ci leków i nie wchodzę w rolę lekarza. Układam jedzenie, trening i sen wokół tego, co bierzesz, a jak trzeba, dogadujesz to z lekarzem. Nie udaję, że plan zastąpi leczenie.
Odwrotnie. Cała robota idzie w to, żebyś po pół roku prowadził się sam. Uczę Cię czytać własny tydzień, nie trzymam Cię na kroplówce. Chcesz zostać dłużej, spoko, ale nie musisz.
Ja. Nie ma bota, nie ma asystenta, nie ma zespołu. Czytam Twoje raporty sam i sam piszę korekty. Dlatego biorę ograniczoną liczbę osób naraz.
Może masz plan, może nie. Może znasz każdą zasadę, może żadnej. Tak czy tak, jak coś nie wchodzi, ktoś Ci wmówił to samo zdanie: za mało chcesz. To najwygodniejsze kłamstwo w tej branży, bo zdejmuje winę z trenera i wiesza ją na Tobie.
Dziś wiem, że to za płytkie. Odpadasz nie w teorii, a w konkretnej godzinie: po pracy z pustym bakiem, w piątek po robocie, w niedzielę rano po sobocie.
9 lat przy tym · 180+ facetów 1:1 do końca · działasz ze mną, nie z asystentem
Zapłaciłem za programy u pięciu trenerów z „topki". Prawie dwa lata po drugiej stronie ekranu, jako ich podopieczny.
Każdy dawał plan i zostawiał mnie z weekendem. Widziałem od środka, co u nich robiło robotę, a co było fasadą na pokaz. Co miało sens, przebudowałem pod siebie. Resztę wywaliłem.
Nie startowałem z dobrą genetyką ani zdrowiem, dwa razy zerwane więzadło. Każdy z tych etapów przeszedłem sam. Wiem dokładnie, gdzie Cię zostawią, bo mnie tam zostawili.
To, czego oni nie ruszali, wziąłem na warsztat: hormony, sen, regenerację po weekendzie, neurobiologię głodu i energii. Nie zgaduję z gotowej rozpiski, czytam Twoją krew i układam plan pod to, co widać w wynikach.


Przez lata wmawiałem sobie, że jak nie wchodzi, to za mało chcę. Katowałem się pod idealnego siebie z poniedziałku i co piątek się rozsypywałem.
Za długo mi zeszło, zanim skumałem prostą rzecz: nikt nie ustawił mi tygodnia pod prawdziwe życie, tylko pod plan z kartki. A kartka nie wie, że w sobotę masz wesele.
To, czego żaden z tej piątki mi nie dał: robotę na weekendzie, wyjściu i gorszym dniu, zanim znikniesz. Panel krwi na wejściu, żeby ustawiać sen, apetyt i libido od środka, a nie zgadywać z rozpiski. I gotowy sposób na powrót po nawaleniu, żeby jeden weekend nie kasował miesiąca. Zbudowałem to od zera na własnych błędach, nie z cudzego kursu.
Zanim wyślesz cokolwiek, możesz mnie sprawdzić za darmo: setki rolek i godziny gadania na Instagramie, plus podcast, który nagrywam z Dużym Michałem. To, co mówię tam, i to, co czytasz tu, to ten sam facet.
Te same niedziele bez napędu. Te same piątki, po których dochodzisz do siebie do środy. Ta sama „od poniedziałku”, coraz cichsza, i to samo ciche godzenie się, że tak już masz. Albo jedziesz w tym kółku dalej, albo raz sprawdzasz, gdzie ono się zaczyna.
Te sześć miesięcy minie tak czy tak. Pytanie, ile energii, wieczorów i wiary w siebie oddasz po drodze, jeśli dalej będziesz zgadywał. I kto wyjdzie po tym pół roku: Ty dzisiejszy czy facet, którym byłeś, zanim tydzień zaczął wygrywać.
Czytam je sam i w dobę wracam wprost, czy widzę sens współpracy. Miejsc mam tyle, ile wtorkowych raportów dam radę przeczytać od deski do deski, dlatego części facetów odmawiam. Dziś formularz jest otwarty. Każdy dzień zwlekania to szansa, że skład będzie pełny i poczekasz, aż ktoś skończy.
Odpowiedzi czytam tylko ja. Nie trafiają do żadnego zespołu ani bazy mailingowej i nie zapisujesz się przez nie na nic.
